poniedziałek, 5 listopada 2012

DZIEKUJĘ ZA PAMIĘĆ O SANDRUSI...

Dziękuję wszystkim za pamięć o Sandrusi - małej dziewczynce, która poruszyła tak wiele serc...
Jestem dumna z mojej córeczki, która nauczyła mnie tak wiele...
Na zawsze pozostanie w moim sercu,
SANDRUSIU, MAMUSIA KOCHA CIĘ NAD ŻYCIE I NIGDY NIE PRZESTANIE !!!










sobota, 8 września 2012

Ciężkie dni...









Piszę już bardzo mało, bo wchodzenie na bloga bardzo boli. Nie daję rady oglądać zdjęć i filmików, serce mi pęka. Blog był pisany dla Sandrusi, żeby kiedyś mogła go przeczytać, jak bardzo mamusia ją kochała i kocha nadal, ale jej już nie ma i nigdy go nie przeczyta. Nie udało mi się jej uratować, myślałam, że nasza miłość wygra z chorobą, ale myliłam się. Nowotwór jest chorobą bezwzględną. Za mną dwa ciężkie dni. W poniedziałek na rozpoczęcie roku szkolnego nie dałam rady iść z synem, chyba by mi serce pękło, jakbym zobaczyła pierwszaczki. Na pewno wyobrażałabym sobie Sandrusię wśród uczniów, teraz miała iść do pierwszej klasy. Gdy chodziłam z synem kupować artykuły szkolne, musiałam odwracać głowę, żeby nie patrzeć na artykuły dla dziewczynki, bo od razu łzy mi napływały do oczu. Każdy dzień to walka ze sobą samą. We wtorek Sandrusia odeszła i w ten dzień wypadły jej urodziny. Chciałam przespać cały dzień, żeby tylko nie myśleć, że mojej córeczki już nie ma. Po południu wyszłam z domu, bo mieliśmy prezent dla Sandrusi - 50 białych gołębi, wypuściliśmy je z cmentarza o godzinie, w której Sandrusia zmarła - 13:30. Zamówiłam też tort z kwiatów. Gdy wróciłam z cmentarza, od razu poszłam spać, chciałam, żeby ten dzień jak najszybciej  się skończył, bo to nie był szczęśliwy dzień. W nocy przeglądałam zdjęcia Sandrusi, kiedy obchodziła szóste urodziny, jak dmuchała świeczki na torcie, nie mogłam uwierzyć i nadal nie mogę, że jej już nie ma i nigdy jej nie zobaczę. Pisząc te słowa, zalana jestem łzami. Czemu musiało się to tak skończyć?Dlaczego ona? Boże, co takiego zrobiłam, że mnie to spotkało? Codziennie chodzę na cmentarz, kiedy idę z kimś jest ok, ale gdy jestem sama, bardzo się rozczulam, strasznie tęsknię za moją córeczką. Wczoraj idąc alejką cmentarza, wyszedł zza grobu biały gołąb i stanął na środku drogi, patrzył na mnie. To był jeden z tych gołębi, który został wypuszczony w dniu urodzin. Rozpłakałam się, bo wszystkie poleciały do Krakowa, a on jeden został, dzisiaj też go spotkałam. Może to jakiś znak od Sandrusi. Rzeźba Sandrusi z gliny jest gotowa, teraz będzie robiony odlew gipsowy i nanoszone drobne poprawki, a następnie będzie wykonywana rzeźba w marmurze. Gdy zobaczyłam rzeźbę z gliny - Sandrusi bez kapelusika z łysą główką, rozpłakałam się, bo to tak, jakbym zobaczyła Sandrusię siedzącą i uśmiechniętą. Nie ma dnia bez łez, tęsknota z dnia na dzień jest coraz większa. Ostatnio odwiedził mnie Jasiu z rodzicami, bardzo się ucieszyłam. Jasiu tak urósł, taki duży chłopczyk z niego, całkiem dobrze się miewa. Spał sobie w wózeczku, nikt by nie powiedział, że jest tak ciężko chory, tak ładnie wyglądał. Trzymałam Jasia za rączkę i przypominałam sobie jak moją Sandrusię trzymałam, mówiłam Madzi, że zazdroszczę jej, że może przytulić, pocałować Jasia, ile ja bym oddała, żeby Sandrusia była ze mną, słowami nie da się tego opisać.

piątek, 3 sierpnia 2012

Mój Anioł Stróż...




Moim aniołem stróżem jest Sandrusia. Wierzę, że moja córcia pomoże mi wrócić do normalnego życia, na razie jestem strasznie zagubiona, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Nie ma dnia, żebym łzy z tęsknoty nie uroniła. Czuję jej obecność, miałam kilka przykładów, że ona jest obok mnie. Zawsze, kiedy przychodzę do domu, mówię do Sandrusi, że mamusia już wróciła i była u niej na cmentarzu, znów kupiłam kolejnego pięknego dużego aniołka. Gdy tak mówiłam, nagle przewróciło się jej zdjęcie, ja wierzę, że ona dała mi znak, że jest obok. Ostatnio strasznie padał deszcz, kiedy jechałam na cmentarz, gdy wysiadałam z auta mówiłam: "Sandrusiu, mamusia idzie do Ciebie", nagle przestało padać i wyszło piękne słońce, posiedziałam przy Sandrusi, a gdy wracałam i wsiadałam do samochodu, nagle znowu zaczął padać deszcz. Nieraz, kiedy strasznie płaczę, to nie modlę się do Boga, żeby mi pomógł, tylko do Sandrusi i zaraz jest mi lepiej. Gdy patrzę na zdjęcia, widzę w jej twarzy taką mądrość i dorosłość, moja mama mówi, że chowałam Sandrusię dla Boga. Miałam i mam nadal wyjątkowe dziecko, to jest prawdziwy Anioł. Często w nocy przebudzam się i szukam jej rączki, często spałyśmy razem trzymając się za ręce. Gdy dociera do mnie, że jej nie ma, nie mogę opanować łez, głaszczę jej podusię i wyobrażam sobie, że ona leży obok mnie. W takich chwilach chciałabym być z nią. Wszyscy mówią: "nie płacz, bo Sandrusia nie chciałaby Cię takiej widzieć". Dobrze się mówi, chciałabym nie płakać, ale jak się kogoś kocha tak strasznie jak ja Sandrusię, a Bóg musiał nas rozdzielić, to tak, jakby mi ktoś kawałek serca wyrwał. Nie ma nic straszniejszego niż przeżycie śmierci własnego dziecka, nie taka powinna być kolejność. Wierzę, że Sandrusia ześle mi jeszcze kiedyś córeczkę, ale jeszcze nie teraz. Sandrusia była wyjątkowa i żadne dziecko jej nie zastąpi, ale moim marzeniem zawsze było mieć córeczkę i wierzę, że jeszcze ją będę miała. Sandrusiu, kocham Cię nad życie, moja kochana perełko.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Ludzie są różni...


Wiem, że wielu ludzi dobrze nam życzy, ale jest też wielu ludzi złych, nie wiem nawet, jak ich mam określić. Przekonałam się już nie raz, za życia Sandrusi, jak ludzie potrafią być okrutni, zazdrośni i zawistni. Jest to bardzo przykre, że w takiej tragedii jaka nas spotkała ludzie jeszcze potrafią swoimi słowami nas dobijać. Nie przejmuję się komentarzami, wiem, jakim jestem człowiekiem i co jestem warta, ale gdy przeczytałam, że oprócz mnie ktoś bezcześci imię mojej kochanej córeczki, słabo mi się zrobiło. Jak można być tak okrutnym człowiekiem. Nie pozwolę nikomu złego słowa powiedzieć o Sandrusi, jestem w stanie za nią oczy wydrapać każdemu. Pani S...... przeprosiła mnie i wydaje jej się, że to wystarczy, ale jest w wielkim błędzie. Jest już złożone zawiadomienie do prokuratury, poniesie konsekwencję za swoje, jak to nazwała, "żarty". Następnym razem zastanowi się zanim dotknie klawiatury. Moja Sandrusia jest dla mnie skarbem i zawsze nim będzie. Miałam nic nie pisać na ten temat, ale doszłam do wniosku, że napiszę, ponieważ chciałam uświadomić niektóre osoby, że przez internet nie jest się anonimowym. Wyzywanie i ubliżanie komuś jest karalne.

środa, 25 lipca 2012

Sandrusia ma nowy wystrój, ponieważ na pomnik trzeba długo czekać, a chciałam, żeby już miała ładnie, wyłożyłam na razie sztuczną trawę.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Rzeźba



Dzisiaj wreszcie udało mi się zamówić rzeźbę Sandrusi. Od miesiąca jeździłam po różnych miastach (Warszawa,Kraków,Wrocław i wiele innych). Rozmawiałam z wieloma kamieniarzami i rzeźbiarzami. Im dłużej jeździłam, tym więcej wiedziałam, rzeźbiarzy jest bardzo dużo, ale większość wykonuje prace w piaskowcach, a to jest miękki materiał. Ja chcę Sandrusię z białego marmuru, jest to twardy kamień. Prawdziwi artyści potrafią robić rzeźby z marmuru, są to prawdziwe dzieła. Wybrałam rzeźbiarza z Krakowa, podszedł bardzo poważnie do tego zlecenia. Rozczuliłam się nie raz ,dla mnie ta rzeźba jest bardzo ważna, chcę, żeby była idealna, każdy szczegół: Sandrusi kapelusik, sandałki, sukienka, a najważniejsza jej piękna buźka. Wiem, że niektórzy rzeźbiarze patrzyli na mnie jak na warjatkę, słuchali, jakie mam wymagania, ale miałam to gdzieś. Artysta z Krakowa słuchał mnie uważnie, powiedział, że jeżeli chodzi o zrobienie w marmurze twarzy ze zdjęcia to byle kto się tego nie podejmie, on już niejedną rzeźbę robił w marmurze. Najpierw zaproponował zrobić model próbny z gliny, ponieważ na glinie będzie mógł robić poprawki dotąd, aż wszystko zaakceptuję i dopiero wtedy zacznie prace w marmurze. Wykonanie rzeźby będzie trwało kilka miesięcy, na pewno na Wszystkich Świętych nie zdąży. Pomnik zamawiamy jutro. Teraz miałam czas zajęty, pomnikiem, rzeźbą, już się boję, co teraz będzie? Kiedy mam za dużo czasu, wtedy nie chce mi się wychodzić z łóżka i dużo płaczę. Rodzice i mąż wymyślają ciągle coś, tylko żebym w dzień nie leżała w łóżku i nie spała. Nadal mieszkam u rodziców, nie mogę się rozstać z pokojem, w którym Sandrusia odeszła. Pokój jest moim azylem, wszędzie dookoła są zdjęcia Sandrusi, aniołki i świeczki. Rodzice się śmieją, że sufit mi jeszcze został wolny na zdjęcia. Mam potrzebę ją wszędzie widzieć, raz płaczę z żalu, a raz uśmiecham się do zdjęć. Czuję obecność Sandrusi na cmentarzu i w pokoju, w którym odeszła. Są dni lepsze i gorsze, nigdy nie wiem, jaki humor będę miała, z minuty na minutę mi się zmienia. Potrafię rozmawiać normalnie, a po chwili coś mi się przypomni i łzy w momencie ciekną po policzkach. Tak mi strasznie mojej córeczki brakuje, nie potrafię się pogodzić z jej odejściem, mój Patryk jak tylko widzi, że płaczę, zaraz mi opowiada śmieszne historyjki o Sandrusi i mnie rozśmiesza. Byłam odwiedzić Madzię w domu. Gdy zobaczyłam Jasia od razu się rozpłakałam, przypomniała mi się Sandrusia, gdy go chwyciłam za rączkę, a on odruchowo mi dłoń ścisnął, tak samo moja Sandrusia robiła, wycałowałam mu tą maleńką rączkę, strasznie się wzruszyłam. Tata był ze mną i prosił mnie, żebym nie płakała, bo nie po to mnie tu przywiózł, już wystarczająco w domu dużo płaczę. Wtedy pomyślałam, że nie mogę Madzi robić przykrości, ona wie, co ją czeka, a moim zachowaniem jej nie pomagam. Bardzo się cieszyła, że ją odwiedziliśmy, przepraszała, że nie była na pogrzebie, powiedziałam, że dla niej nie byłoby wskazane być na pogrzebie, zaraz by sobie Jasia wyobrażała w takiej sytuacji. Jasiu cały czas śpi, oczków już nie otwiera, nie reaguje na nic, nie słyszy, nie widzi. Madzia się cieszy, że jest spokojny i nic na razie się nie dzieje. Bardzo się boi, co ją jeszcze czeka, boi się momentu odejścia Jasia. Radziłam jej, żeby się cieszyła każdą godziną spędzoną z Jasiem i nie myślała, jak to będzie, bo myśleniem tylko będzie się dobijać, a nie ma wpływu na nic. Opowiedziałam jej, jak Sandrusia odchodziła, że strasznie się tego momentu bałam, ale na szczęście Sandrusia bardzo spokojnie odeszła. Madzia zapraszała mnie na kilka dni do siebie, skorzystałabym z zaproszenia, ale po pierwsze swoimi nastrojami, płaczem nie wspierałabym jej, a po drugie nie chciałabym przeżywać po raz drugi odejścia dziecka, jakby czasem Jasiu odszedł przy mnie. Trzymaj się Madziu, jesteś bardzo dzielna...

niedziela, 8 lipca 2012

Tęsknota...


Sandrusiu tak strasznie tęsknie za Tobą, jak dalej żyć bez ciebie ??? Mój koszmar, kolejny, dopiero się zaczyna, z dnia na dzień tęsknota jest coraz większa. Jutro jadę z mężem do hospicjum ALMA-SPEI na grupę wsparcia dla rodziców, którzy stracili dziecko. Myślę, że jest nam potrzebna pomoc psychologa. Agnieszka z hospicjum przyjechała nas odwiedzić i przy okazji zabrać sprzęt i resztę rzeczy: leki, opatrunki, pampersy i wiele innych, nam już nie są potrzebne, a innym dzieciom się przydadzą. Przez długi czas nie sprzątałam pokoju, w którym leżała Sandrusia, leki i wszystko inne zostało na swoim miejscu. Ale gdy Agnieszka zadzwoniła, że przyjedzie, musiałam się zmobilizować i spakować rzeczy do pudeł. Pakowałam i płakałam, że już wszystko znika, bo nawet leki mi ją przypominały. Myślałam, jak wszystko jej podawałam, w jej biednych żyłach to już nie krew płynęła tylko leki, tak było ich dużo przez całe leczenie. Agnieszka długo u nas siedziała, rozmawiałyśmy, mówiła, żebym się nie zamykała w domu, muszę wychodzić do ludzi, przełamywać swoje lęki. Hospicjum opiekuje się również rodziną po stracie dziecka, dlatego też zaproponowała nam tą grupę wsparcia. Nie modlę się do Boga, bo w nic już nie wierzę. Kiedy jest mi bardzo źle, to mówię do Sandrusi i ona mi pomaga. Gdy poszłam do spowiedzi przed pogrzebem, to powiedziałam księdzu co myślę, że w nic już nie wierzę, moje dziecko przeszło piekło na ziemi. Powiedziałam, że spowiadam się tylko dla Sandrusi, bo tak trzeba, ale ja nie czuję potrzeby wyspowiadania, bo nie mam grzechów takich, żebym zasłużyła na to, co mnie spotkało. Ksiądz odpowiedział: "dziecko, musisz w coś wierzyć bo z głupiejesz". Musiałam powiedzieć to, co myślę. Cały czas sobie tłumaczę, że ona już nie cierpi, ale zaraz nachodzą mnie myśli, że nie powinna w ogóle zachorować, tylko cieszyć się dzieciństwem, jak inne dzieci.Znajomi dzwonią, piszą esemesy, chcą się spotkać, ale ja nie mam ochoty, większość z nich ma dzieci w wieku Sandrusi. Nie mogę patrzeć na inne dzieci, bo nie mogę powstrzymać łez. Gdy pomyślę, że dzieci znajomych od września pójdą do pierwszej klasy, a moja Sandrusi nie, mam ochotę krzyczeć. Boże, dlaczego mi to zrobiłeś, za co muszę dźwigać ten krzyż ? Gdy wychodzę z domu, obserwuję ludzi, myślę sobie, że życie dla wszystkich toczy się dalej, a mojej Sandrusi już nie ma i moje życie stanęło w miejscu, nie widzę żadnego sensu. Dzisiaj rozmawiałam z Patrykiem, jest bardzo zadowolony (jest na obozie), cieszę się, że on trochę odpocznie od tego wszystkiego, co ostatnio się działo. Jest zadowolony, bo ciągle zajmuje pierwsze miejsca w zawodach sportowych. Powiedział, że w dzień, w który wróci z obozu, nawet gdyby już było bardzo późno, on chce iść do Sandrusi zapalić świeczkę, odpowiedziałam, że pewnie, że pójdziemy.

środa, 4 lipca 2012

Moja cudowna córeczka...

  



Przez przypadek dowiedziałam się o filmiku Sandrusi. Próbowałam go obejrzeć dwa raz i nie dałam rady, serce mi pęka, a łzy leją się strumieniem. Filmik jest piękny, ale wspomnienia tak strasznie bolą. Była tak ciężko chora, a potrafiła cieszyć się życiem, widać po zdjęciach, wiecznie uśmiechnięta. Dała nam tyle szczęścia przez siedem lat, była wspaniałym dzieckiem. Robiłam wszystko, żeby ją uszczęśliwić, jestem z siebie zadowolona, starałam się jak mogłam. Dzięki niej stałam się silniejsza, nauczyła mnie przełamywać swoje lęki, kiedyś np. bałam się zastrzyków, nie pomyślałabym, że kiedyś będę je sama robiła. Przeszłam taką szkołę życia, że szkoda słów. Pielęgniarki z hospicjum śmiały się, że jestem tak obeznana i wyszkolona, że niejedna pielęgniarka mogłaby się ode mnie uczyć. Wiedziałam, że Sandrusia woli, jak ja wszystko przy niej robię. Mówiła np. przy zmianie opatrunku przy wejściu centralnym: "mamusiu ty jak to robisz, mniej boli". Chciałam ją za wszelką cenę uratować, życie bym za nią oddała. Przyszedł moment, że już nic nie mogłam zrobić, bezsilność była straszna. Opisuję tylko małą cząstkę tego, co przeżyłam i widziałam. Nigdy się nie pogodzę z tym, że musiała odejść i cierpieć dwa lata i siedem miesięcy. Przeszła dwie operacje główki (trepanacje czaszki), 33 naświetlania (radioterapia) główki, 60 chemi, była około 50 razy pod narkozą (usypiana), podano jej masę leków, kroplówek, przetaczania krwi, płytek, zabiegi, przeprowadzano przeróżne badania. Mogłabym pisać i pisać ile to moje biedne dziecko przeszło męczarni. Bloga zaczęłam pisać po półtorarocznej chorobie, wcześniej na pewno nie byłabym w stanie pisać, z biegiem czasu uczyłam się żyć z chorobą. Robiłam wszystko, żeby Sandrusia miała w miarę możliwości normalne dzieciństwo. Jak sobie przypomnę niektóre sytuacje, jak cierpiała, to z jednej strony cieszę się, że jej i mój koszmar się skończył, a ja nie muszę patrzeć na to cierpienie. Nie ma nic gorszego jak patrzeć na własne dziecko jak cierpi i nie móc nic zrobić. Nieraz sama się zastanawiam, jak ja to wszystko przeżyłam i nie zgłupiałam. Do końca życia będę powtarzała na cmentarzu i nie tylko: "Sandrusiu, kocham Cię nad życie. Jestem z Ciebie dumna, że byłaś dzielna do końca". Staram się nie płakać dla Ciebie, ale jeszcze nie daję rady, nie mogę opanować łez.

Ku Pamięci Aniołków



Dostałam filmik o dzieciach chorych na nowotwór, które odeszły. Sandrusia także jest na tym filmiku.

wtorek, 3 lipca 2012

Dwa tygodnie bez Sandrusi


Już dwa tygodnie bez Sandrusi, a mi się wydaje, że minęło kilka dni. Ten czas tak szybko mija . Codziennie chodzę na cmentarz i nie mogę nadal uwierzyć, że jej już nie ma i nigdy nie będzie. Rozmawiam z nią, żeby mi pomogła przejść przez ten ciężki okres żałoby, bo wierzę, że tylko ona może mi pomóc. Nieraz płaczę, bo wydaje mi się, że ona tęskni za mną i płacze, że chce do mamusi, byłyśmy strasznie emocjonalnie związane ze sobą. Rodzina ciągle mi tłumaczy, że jest szczęśliwa i już nie cierpi. Nie życzę najgorszemu wrogowi przeżywać to co ja i moja rodzina. Wkurza mnie, jak ktoś mi mówi, że muszę się wziąć w garść i dalej żyć, łatwo się mówi, nie da się tak z dnia na dzień wrócić do normalnego życia, tak jakby się nic nie stało. Z Sandrusią umarła część mnie. Piszę i płaczę, dlaczego tak musiało być!!! Ona tak chciała żyć, przez całą chorobę była taka dzielna, uśmiechnięta, nigdy nie narzekała, kiedy jechałyśmy do szpitala, po prostu wiedziała, że musimy jechać. Dużo rozmawiałyśmy, nieraz czułam się, jakbym z dorosłą osobą rozmawiała, a nie z dzieckiem. Dzieci chore bardzo szybko dorastają. Nie zapomnę dnia przed paraliżem. Całą noc płakała, że źle się czuje i wszystko ją boli, ciągle powtarzała:"mamusiu kocham cię nad życie" i obejmowała mnie rączkami za szyję. Ostatnie jej słowa: "mamusiu polulaj mnie" i "kocham cię nad życie". Lulałam ją ponad dwie godziny, zasnęła, a gdy się obudziła, była już sparaliżowana. Na moich rękach ją sparaliżowało i na moich rękach umarła, jest to dla mnie straszne przeżycie. Bardzo zaniepokoiło mnie, że ciągle powtarzała ,że mnie kocha, przeszło mi wtedy przez myśl, jakby na zapas mi mówiła i łzy do oczów mi napłynęły, ale odganiałam najgorsze myśli. Mam różne wspomnienia, które teraz chodzą mi po głowie chodzą. Dała mi też do myślenia pewna sytuacja w ten dzień, w który jechałyśmy do szpitala i dowiedziałam się, że guz urósł 6cm. Sandrusia przyglądała mi się całą drogę, jak prowadziłam auto, zapytałam: "Sandrusiu, czemu mi się tak przyglądasz", a ona spytała: "mamusiu, a ja jeszcze wrócę do domu?", serce mi stanęło, jak to usłyszałam, odpowiedziałam, że oczywiście, tylko pani doktor sprawdzi, czemu główka Cię boli, będziemy jakiś czas w szpitalu i wrócimy do domu. Dwa tygodnie później już była sparaliżowana. Myślę, że dzieci czują nadchodzącą śmierć, mam wiele takich przykładów... 
Dzisiaj dokupiłam ramki na zdjęcia, chce ją mieć wszędzie. Gdy rano się budzę, zawsze się uśmiecham do jej zdjęć, całuję je, a zaraz płaczę, bo dociera do mnie, że jej już nigdy nie zobaczę.Wiem, że jakby dorosła, byłabym z niej dumna, ona na pewno byłaby dobrym człowiekiem. Wspominamy z mężem i rodziną córeczkę, śmiejemy się i płaczemy, ona była tak bardzo kochanym dzieckiem, wszyscy ją uwielbiali. Tak strasznie nam Ciebie Sandrusiu brakuje, kochamy Cię nad życie wszyscy. Znalazłam napis na serce, które będzie na nagrobku Sandrusi: 'TAK KRÓTKO ŻYŁAM, A TAK ŻYĆ CHCIAŁAM, BÓG TAK CHCIAŁ, ODEJŚĆ MUSIAŁAM". To zdanie idealnie pasuje do Sandrusi.

czwartek, 28 czerwca 2012

Patryk

Ja nie uważam siebie za idealną mamę,po prostu robię to co powinna matka robić dla dzieci.Poświęciłam się całkowicie Sandrusi,bo ona mnie bardziej potrzebowała,nieraz rozmawiałam na ten temat z Patrykiem w czasie choroby,żeby nie czuł się zaniedbany,bo nie jestem w stanie się rozdwoić,on zawsze mi powtarzał mamo rozumiem.Patryk zawsze był nadpobudliwym,roztrzepanym dzieckiem,ale zaskoczył mnie swoim zachowaniem nie raz w ciężkich sytuacjach,bardzo pozytywnie.Myślę,że on też dorósł przez chorobę Sandrusi.Na bieżąco uświadamiałam go o stanie zdrowia siostry,żeby go w pewien sposób przygotować.Gdy trzymałam martwą Sandrusie na rękach i strasznie płakałam ,on usiadł obok zapłakany,pocałował siostrzyczkę i powiedział "mamo,ona już nie cierpi, to tylko ciało,Sandrusia patrzy na nas z góry, jest już aniołkiem i zawsze będzie z nami.Byłam zaskoczona,jak on dorośle mówi.Tak samo było w dzień pogrzebu,zamiast ja go pocieszać,to on mnie pocieszał.Rozmawiam dużo z Patrykiem on ciągle mi powtarza,że Sandrusie już nic nie boli,ona by nie chciała żebym płakała.Patryk miał jechać na dwa tygodnie na obóz karate nad morze,ale zdecydowaliśmy z mężem,że nie pojedzie bo z Sandrusią było źle i on powinien być przy siostrze.Wyjazd na obóz jest w sobotę,zapytałam Patryka czy by chciał jechać, odpowiedział,że bardzo,mąż zadzwonił i znalazło się jeszcze miejsce dla niego.Dobrze,że pojedzie, odpocznie, a ja będę miała trochę czasu, żeby się ogarnąć.Nie da się z dnia na dzień przejść do normalnego życia po stracie dziecka.Ja nie zapominam o Patryku,mężu,ale swoje muszę wycierpieć i wypłakać.Matka zawsze najgorzej przeżywa stratę dziecka i nikt tego nie zrozumie,tylko matka, która straciła dziecko.Dzisiaj zadzwoniła do mnie pani Agnieszka z Hospicjum,mówiła,że się stęskniła za mną i bardzo chce mnie odwiedzić z Kasią rehabilitantką,nie chcą zrywać ze mną kontaktu.Powiedziałam,że zawsze mogą przyjechać kiedy tylko chcą,jestem im ogromnie wdzięczna za serce które miały dla mojej córeczki.

wtorek, 26 czerwca 2012

Pożegnanie...


 Moja śliczna Sandrusia, kiedy była malutka :)


Sobota była jednym z najgorszych dni w moim życiu. Od śmierci Sandrusi nie mogę spać, muszę wziąć tabletkę, żeby zasnąć. W sobotę, gdy tylko otworzyłam oczy, zaczęłam płakać, zresztą nie ma dnia, żebym nie płakała. O 7:00 rano dostałam telefon z zakładu pogrzebowego, że możemy przyjechać wcześniej, żeby pożegnać Sandrusię, bo trumna zostanie otwarta. Wcześniej właściciel zakładu pogrzebowego poinformował nas, że ciało Sandrusi będzie w chłodni pięć dni, a to jest bardzo długo i nie wiadomo, czy w sobotę otworzą trumnę. Powiedziałam, że choćby nie wiem jak wyglądała, to muszę ją zobaczyć. Od wtorku miałam ją cały czas przed oczami, nieżywą. Gdy w sobotę rano dostałam telefon z jednej strony się cieszyłam, ale z drugiej bardzo bałam. Nie chciałam zażywać żadnych leków uspakajających, ale po namowie mojej mamy doszłam do wniosku, że nie przeżyję pogrzebu bez leków, serce mi pęknie. Kiedy zobaczyłam Sandrusię, jak pięknie wygląda, od razu skojarzyła mi się z porcelanową laleczką. Gdy ją dotknęłam, przeraził mnie chłód jej ciała, od razu przypomniał mi się koszmarny wtorek, kiedy na moich rękach jej ciało robiło się coraz zimniejsze. Cieszę się, że mogłam ją zobaczyć ostatni raz, pocałować, przytulić, dotknąć. Nawet wymalowałam jej różowym błyszczykiem usteczka, tak pięknie wyglądała, ona zawsze lubiła usta malować, podkradała mi błyszczyki. Chciałabym też wszystkim z całego serca podziękować za przybycie na pogrzeb Sandrusi. Podobno było strasznie dużo ludzi, nie rozglądałam się, byłam w takiej rozpaczy, że nikogo nie widziałam. Jest to dla mnie bardzo wzruszające, że tak wiele ludzi przyszło pożegnać moją kochaną córeczkę. Jest mi tak cholernie ciężko żyć z dnia na dzień, jest coraz gorzej, tęsknota jest ogromna. Mam huśtawki nastrojów, raz krzyczę, raz się śmieję, to znowu płaczę. Jeszcze nie zmieniłam pościeli, nadal czuję jej zapach, nie pozwalam nikomu kłaść się na jej łóżko. W sypialni, w której odeszła, gdzie nie spojrzę jest jej zdjęcie, na każdym jest uśmiechnięta. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, moje życie do tej pory było podporządkowane 24 godziny na dobę Sandrusi, a teraz została wielka pustka. Kupiłam dużo ramek na zdjęcia, u dziadków i u siebie porozwieszałam na ścianach zdjęcia Sandrusi. Szukam sobie zajęć, żeby nie oszaleć, jeżdżę na cmentarze, oglądam nagrobki, szukam kamieniarzy, rzeźbiarzy. Sandrusia była wyjątkowa i nagrobek też musi mieć wyjątkowy. Widzę po ilości zniczy, jak wiele ludzi odwiedza Sandrusię, wyrzucam te wypalone. Sandrusia poruszyła tak wiele serc, że ludzie przyjeżdżają z różnych miejscowości, żeby zapalić dla niej światełko. W jej imieniu dziękuję...

czwartek, 21 czerwca 2012

Olśnienie

Dzisiaj segregując zdjęcia Sandrusi dotarło do mnie, jaka ona była wykończona chorobą. Będąc z nią na codzień, przyzwyczaiłam się do jej lepszego i gorszego wyglądu. Dzisiaj, oglądając zdjęcia ze szpitala, jak była już sparaliżowana, zobaczyłam wrak człowieka, oglądałam i płakałam, patrzyłam, co choroba z nią zrobiła. Nowotwór niszczył po kolei każdą część jej ciała. Wreszcie jej koszmar się skończył. Cieszę się, że byłam przy niej, kiedy odchodziła na moich rękach. Cały czas sobie tłumaczę, że już nie cierpi, ale jest mi ciężko. Dzisiaj pojechałam na cmentarz zobaczyć kolejny raz miejsce, w którym będzie pochowana. Płakałam idąc przez cmentarz, nie mogłam opanować łez, nogi miałam tak ciężkie, że wydawało się, że odmawiają mi posłuszeństwa, żebym nie szła dalej. Usiadłam na ławeczce i prosiłam Sandrusię, żeby pomogła mi przez to wszystko przejść, że chyba zapłaczę się na śmierć. Mówiłam: "Sandrusiu, kochanie gdzie jesteś?, pomóż mi, bo nie daję sobie rady bez Ciebie." Po chwili przypomniałam sobie jak cierpiała, że na pewno na mnie patrzy, byłaby smutna, widząc mnie w takim stanie. Obeszłam cały cmentarz i już ani jedna łza mi nie popłynęła po policzku. Myślę, że ona mnie olśniła i dała siłę. Wiem, że będzie ciężko, nie da się w ogóle nie płakać, ale postaram się Sandrusiu dla Ciebie być silna, Ty lubiłaś, jak się uśmiechałam.Wszystko bym dała, żebyśmy się wygłupiały i śmiały jak dawniej. Pomóż mi Sandrusiu przeżyć w sobotę pożegnanie z Tobą, wiem, że czuwasz nade mną. Kocham Cię, Aniołku mój.

środa, 20 czerwca 2012

Serce pęka,tęsknota wielka...


Sandrusiu tak strasznie tęsknie, dopiero minął jeden dzień, a ja nie potrafię bez ciebie żyć, ciągle płaczę.Dziękuje Ci za to,że byłaś najwspanialszą córeczką na świecie i zawsze będziesz.Sandrusiu tak strasznie Cię kocham , serce z rozpaczy mi pęka.Pocieszam się tym,że wreszcie nie cierpisz. Nigdy się nie pogodzę z Twoim odejściem.Byłaś, jesteś i będziesz najcudowniejszym dzieckiem na świecie.Miałam szczęście mieć taką dzielną córeczkę,jesteś,bohaterką,udowodniłaś to nie raz.Nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak musiało być.Ostatnie dwa dni, tak dobrze się czułaś, że nawet pani doktor była zdziwiona. Rano wstałam o piątej, szykowałam Sandrusi leki, myłam ją, przebierałam, ciągle jej coś opowiadałam, śmiałam się, a ona takie fajne minki robiła i też się uśmiechała .Jak ją całowałam to mówiłam, że chyba ją zjem, bo taka kochaniutka jest. Miała takie luźne rączki i nóżki, obiecałam, że pomaluję jej paznokcie, bo nie ściskała piąstek. Po 12:00 zauważyłam, że robi przerwy dłuższe w oddychaniu, bardzo się przestraszyłam, ale nie przypuszczałam, że najgorsze się zbliża. Z minuty na minutę coraz ciężej oddychała. Trzymałam ją cały czas na rękach, przytulając, całowałam i delikatnie lulałam. Nie mówiłam do niej "nie zostawiaj mnie,nie opuszczaj". Czytałam książki o tym,  jak dzieci odchodzą i wiedziałam,że muszę jej pozwolić odejść.Strasznie płakałam i mówiłam w kółko, że ją kocham nad życie i zawsze będziemy razem, że będzie moim kochanym Aniołkiem.Patrzyła mi prosto w oczy i dwa razy zrobiła delikatny uśmiech .Odchodziła bez cierpienia, w spokoju, wśród bliskich a najważniejsze, że mamusia ją cały czas tuliła. Gdy przestawała oddychać ,mówiłam "Sandrusiu" i ona wtedy brała z wielkim trudem oddech, wyglądało to jakby chciała dla mnie żyć.O 13:30 Sandrusia przestała oddychać.To był tak straszny cios, że myślałam, że umrę razem z nią. Pielęgniarki ubrały ją w piękną sukienkę i kapelusik. O 18:00 przyjechała osoba z zakładu pogrzebowego zabrać Sandrusię, płakałam, zaczęłam ją przytulać, całować, mówić, że jej  nie oddam.Mama dała mi tabletkę i zasnęłam. Na drugi dzień obudziłam się o piątej rano, tak jak zawsze, kiedy podawałam leki Sandrusi, gdy spojrzałam na poduszkę, przypomniałam sobie, że jej już nie ma ,tak strasznie płakałam.Rodzina chciała załatwić wszystkie formalności związane z pogrzebem,ale ja postanowiłam,że muszę przy wszystkim być osobiście.Sandrusia musi mieć wszystko, co najlepsze.Wylałam morze łez tego dnia, podpisując różne papiery.Najgorzej było wejść na cmentarz, chciałam wybrać najlepsze miejsce dla niej.Wykupiłam dwa miejsca na grób.Chcę,żeby Sandrusia miała więcej miejsca, trochę trawki na kwiatuszki, żeby nie była ściśnięta między grobami.Wymyśliłam, że chcę jej zamówić rzeźbę z jej postacią, tylko muszę kogoś znaleźć, żeby ją wykonał np.Sandrusię siedzącą na grobie.Ona była wyjątkowa i pomnik też będzie wyjątkowy, ja się już o to postaram.Dostałam maila od pewnej kobiety,że bardzo poruszyła ją nasza historia i chciałaby napisać książkę o matczynej miłości do córki i bohaterce-Sandrusi, zapytała,czy wyrażam zgodę. Oczywiście, że się zgadzam to będzie kolejna rzecz, którą Sandrusia po sobie zostawi.

Pożegnanie Sandrusi...